VIETNAM
Pola ryzowe jak opalizujaca plyta glowna
Swiatynie dodatkowym wzmocnieniem ramu
Rozkladam budynki jak krew w kostkach kaczki
Mechanizm napedzam jak trawię
Wierzowiec przez filtr w okularach to zachód
Swiatynia buduje sie na jego szczycie
Medalion szklanej otylosci za krawatem
Wzniesc miasto, wziac w rece swe tycie
Mieni sie bozek, chmury gilga lerząc
Czlowiek pali pieniadze
W reku medalion z poswieconych zwierzat
Znow zloty lezacy hipis w bezdomce.
Szlafmyca na oko sie zsuwa,
Droga niezdrowa zimnica od klimy
Zamiec, pod koldra jest ulga
Jak zaprzeg roku smoka za zimy,
za rogiem kalendarz, zawily jak ogon
Pociag wjezdza z budynku do budynku
znika w posklejanych zaspach lin na ubrania
Umila mi przy tym kolejnego posilku
Po nogach uderza mi pompa silnika skuteru
Na prawo na lewo, na prawo na lewo,
Czujniki cofania pulsuja jak zyly na skroni
Puchnie mi kark by przezyc zlamanie przy potencjalnym wypadku
Mandaryn pierwszej klasy i msciwy eunuch
Trzymam szybe autobusu jak przejezdzam rozklekotana wierzą Eifla
Oby nie wyleciala z witryn jak robie se pod nia zdjecie.
Nie chce uciekac w prawdziwe moczary z wężami.
Nie chce idealizowac obcej kultury bez zrozumienia jakie problemy ida za swawolnym spedzaniem czasu na pochlanianiu bulionu,
Ale jesli zabralbym ze soba chociaz dzielenie sie jedzeniem ktore przyrzadzam to bylby to sukces
Oby nigdy nie pomyslec ze wolalbym wydac pieniadze na cos innego
Np. Na sokowirowke.