Odpłynąłem na pontonie, nie daleko, tylko na tyle aby nikt mnie nie widział jak wymiotuje. Ostatnie wspomnienia na lądzie to jak podaje rękę jakiejś wytatuowanej osobie, ta pyta mnie o moje mięśnie wioślarza i pociąga się po nich wystawiając swoją sukienkę jak żagle na wiatr podczas burzy. Moje potrzeby już są jednak na wodzie, odparowuje żartem i zdejmuję buty, by nie przebić powłoki szkła od potłuczonych butelek w wiwatach tańczących ludzi przy pomoście. Industrialne zagłębie, ciężarówki wiozą życzenia urodzinowe dla solenizantów wprawiających urodziny, a łodzie podwodne szukają zatopionych lat młodości na dnie zatoki. Pontony są gdzieś pomiędzy, adekwatnie do płuc nastolatków zaklejonych miękkim tytoniem i smakiem sztucznej czereśni w wódce.
“Ahoj, szczury lądowe” udaje kapitana, a jestem piratem bez rumu i szukam implantu do półgłówki na wysypisku śmieci obok którego mam zamiar przepłynąć, ale fala od promu skutecznie mnie odsuwa i nici z nowych części. Plama tęczowego oleju przypomina mi o moich wymiotach, ale to tylko małe popuszczenie z zezłomowanej zmywarki kończącej swoje wirowanie razem z moją głową. Wirujący helikopter na pilota próbuje ominąć gigantyczny komin elektrowni. Tak, czuje się jak zezłomowany helikopterek unoszący się na powietrzu ze szczelnego baku paliwa i popuszczam plame dla rekinów.
Tamo, o tamo, otwórz się i wyrównaj poziomy wody, bo mój ratunkowy ponton zgniotą dwa statki używając mnie jako bojki. Światła bezpieczeństwa bijące z zamkniętego na kilka spustów magazynu fajerwerków odbijają się od tafli i trafiają moje zamknięte powieki czyniąc je od wewnątrz czerwone, ujawniając swoje żyły i rozciągając się do wielkości jelita mieszczącego jednomiesięczne dziecko. Noworodek przeciska się przez śluzę i macha mi zjeżdżając w dół zjeżdżalni swojego przyszłego życia, a ja otwieram oczy.
Pomyślałem, że “dużo wrażeń przez ostatnie minuty” i dotykając swoich uszu dla odrobiny komfortu - wyczuwam zatyczki w małżowinie kształtem matowe kolczyki niczym zawleczki do granatów. Nie, jeszcze nie odbieram trofeum za bombową imprezę, docenię po powrocie do domu. Wiosło trzymam w jednej ręce, ale poluźnia się ścisk, więc unoszę się zgarbiony plecami i odpycham się od wody. Łódka robi kręcioła i włącza się alarm. Muzyka odbija się od blaszanego tankowca i rezonuje jakby świat był między dwoma treblami, a trzymała je małpa która generuje monety do kapelusza w cyrku. Hej hej, hola, schowałeś się, żeby nikt Cię nie widział, postąpiłeś szlachetnie wobec siebie i twoich wygłupów, więc to ty trzymasz te blaszane talerze i to ty decydujesz kiedy nimi huknąć - szepczę do siebie przez wirujące skrzydła helikoptera balansując, żeby nie ucięły mi języka.
To chyba twój szósty tydzień po zejściu z antydepresantów, a ty dopiero teraz masz okazję posłuchać tego co podpowiada Ci wnętrze po poluzowanej śluzie w tamie. Wcześniej uśpione, w rytmie muzyki i sztucznych piersi na ekranie co jak młotek gilgoczą Ci układ serotoninowy byłeś jak niezatapialny tankowiec, z poprzewracanymi półkami w środku, ale z wypornością godnej promu. Jechałeś jak motorówka przez plaże ciągnąc za sobą banana z ludźmi i nagłym skrętem wypuszczałeś ich w powietrze poprzez trupy do celu. Świat był bez granic, a twoje emocje wydawały się w sam raz na świat w którym funkcjonujesz, bo to ty byłeś panem swoich emocji, jak sugeruje współczesna psychiatria. Nikt nie pytał o powody, każdy znajdował rozwiązania, a te prowadziły do tego właśnie poczucia, że jesteś adekwatny i dorównujesz szaleństwu na nieznaną wcześniej w twoim samotnym życiu skalę. Byłeś wyalienowany przez przerzuconą odpowiedzialność za siebie gdzie memy przeplatają się z mordem na niewinnych ludziach w Gazie, a światem festiwali filmowych już dawno rządzi mafia.
Puściła tama, a z nią ten charakterystyczny ból głowy zakazujący Ci iść do gimnazjum, tak jakby na złość, wiedząc, że im dłużej CIę nie ma, tym więcej rówieśnicy znajdą argumentów, żeby się z Ciebie nabijać. Niebywała samotność na łodzi, całowanie się przez papierek ze światem przy stłumionej przez dystans muzyce. Wojna poza granicami mojego telefonu. Próbuję sobie poprawić humor, więc wyciągam telefon zobaczyć ile ludzi lubi moją samotną wyprawę i wydaje się być internetową gwiazdą. Zmywa mnie fala, a ludzie klaszczą jakbym opłynął samotnie ocean kajakiem. Czekają przy porcie, machają, rzucają róże, a ich płatki spadają na wannę moich myśli do której wrzucam musującą kulę. Czapki w górę, wstążki w dół, skarpety z dwoma niebieskimi liniami w górę.
Prawo. lewo, prawo, prawo, macham wiosłem ponownie w tym samym kierunku, bo zwiewa mnie od basu. Oczy w górę, bo wschodzi słońce, przecinając laserem tańczące wraki zakotwiczonych nogami do ziemi piratów mojego miasta, okradających z przestrzeni do pracy imigranckich pracowników wysypiska śmieci. Wychodzę po metalowej drabince, wyciągam za sznurek ponton, po czym oczyszczam powierzchnię brudnej industrialnej kostki brukowej, by w spokoju rozpompować moją szlachetną łódź. “Jeszcze mi się przydasz”, gdyby fala pożarła ten świat, ja nadal bym plywał wierząc, że jestem unoszącą się na powierzchni ibizą własnego rozumu i niezależnego ciała. Odkorkowuje segment komory powietrza i kładę się na nią brzuchem, zasypiając z tempem uchodzącego powietrza.
Budzę się w łóżku, a ponton zgrabnie spakowany leży obok mnie. I tak dalej.
Onanizacja wdechem. Wysuszone zeby. Serdeczne uściski. Reżyser wyjmuje krótkofalówkę. "Pociągasz z zamkniętymi, wypuszczasz z otwartymi.…
.....Za duże stężenie seksualności w melonie, co płonie.Chcę, żeby pojął mnie mentalnie, chcę się otworzyć.Rozumiem,…
OBRAZ: Rene Magritte: “Drzwi do wolności”: Ten obraz przypomina mi bardzo filmy Antonioniego który jest…
https://vangog.univer.se/rozmowy/maurycypolewski
Gdybym mógł zwołać posiedzenie aby powiedzieć wszystkim ze dostałem się do szkoły filmowej to zrobiłbym…
Molekularni gońcowie to język napędu mojego życia, najbardziej intymna forma życia nakłaniająca mnie do podnoszenia…