UKRAINE

Jestem chory od ponad Tygodnia, więc rzuciłem się na niego z motyka na slonce. Pozbawił mnie cech które jednoczyły mnie jako Maurycego, właściwie od kiedy się zaczął to można by mnie nazwać człowiekiem bez właściwości. Moje oszczędne działania komicznie próbują odnaleźć na nowo pewna idee ktora dawala mi ochłap jakiegos spoiwa. Nie żebym marudził na czasy w których żyje, one szczególnie dają mi dużo wolności. Zastanawiam się raczej, jak się tu by w nich trochę ograniczyć, bo kroku w stronę przyjęcia wszystkiego na klatę, zdecydowałem, że nie obejmę. Może to oznaka tchórzostwa, nie wiem, wydaje mi się, że ślad węglowy przerósł pragnienia i przy takim stężeniu dymu w powietrzu nie ma już dla pamięci miejsca. Nie ma tu mowy o jakiejkolwiek możliwości o ile czegoś nie usunę. Szarogęszę się więc od kilku dni po tej przezroczystej saunie ucząc się jak to jest kłamać i kraść. Przeżywam co bezpośrednio chciałbym, widze to fizycznie, momentami nie wierzę w swoje kroki, te zmaterializowane myśli z pozycji leżącej które bezkarnie komplikują chociażby poranną rutynę (pomocną w zmianie na pozycję pionową). Nie da się jednocześnie wziąć prysznica, przygotować miejsca na czytanie książki, zjeść śniadanie przed treningiem, tak, zeby zeby ciało bylo czyste – nie narażając się na pot podczas picia herbaty. Udalo mi sie to tylko raz, tak, że zabierając w pierwsza strone brudne naczynia z pokoju, powrotem po trzydziestu minutach zaszczyciłem wypracowanego gotowca do faszerowania. Wszystkie wspomnienia czekające w kolejce na osąd zajęły susząc zęby swoje miejsce przy stole. 

Debatowaly bardzo glosno nad poczęciem dziecka, cobym uzyskal jakis nowy regularny sposób postępowania, wyszedł z filmu na który się nakręcam, prześwietlić klisze i zobaczyć uchwycony moment trochę w innym ustawionym świetle migawki. Skoro ówczesne gwiazdy porno przestają nimi być wpłacając okazała sumę ku pomocy ofiarom kataklizmów, to czemu ja nie mogę się zmienić kupując sobie psa, albo sprawdzając się w pielęgnowaniu własnego bąbelka. Przecież każde medium kiedys sie konczy, a człowiek wypala. Klisze też można wypalić – tylko ona nie znika. 

Od jakiegoś czasu powieksza mi sie wiec brzuch i grubnę na sposób chudy – to znaczy, pozostaję chudy, a brzuch, który zawsze uznawałem za symbol grubiaństwa, zsfałdził się, a przynajmniej wysunął i na tle całej mojej ślisko-obcisłej przebiegłości wobec świata – teraz za bardzo sprzedaje moje intencje. Nie chciałem być wcale w tym procesie zauważony, oczekiwałem prostodusznie, że znajdę argument dla siebie w samym sobie, a okazalo sie, ze bez pytan ta ciąża się nie przeje. Normalne w nienormalnym staje się tym drugim. Przede wszystkim mam teraz problem z wsuwaniem się w dziury, nie czytam między słowami, bo mój brzuch będąc ciągle nienajedzony musi być bez końca w centrum uwagi. Najpierw jedzenie, potem rozmyślanie. Wiadomo, pożywienia schodzi wiecej, bo karmie też ciekawość innych. Prosze sie mną zajadać, ale w zamian czekuje pocałunków. Wszystko co małe jest dla mnie teraz słodkie i niewinnie zachwycające. Doceniam to co dobrze mi znane, bo tylko to utrzymywało mnie na nogach. Dla nieproszonego gościa krzesla nie ma, a nawet jakby było, to przecież nie wypada wpuścić przy tak ważnych gościach rozmyślających nad wysokimi tematami. I to chyba o to chodzi, to jakiś rodzaj obrony – a za tym nieobecności. 

Jak tak przez przypadek kopnąłem jednego pod stołem, i złapałem jedna za rękę obok kotleta (żeniąc się z właścicielką), zastanawiam się, czy lepiej byłoby stracić nogi czy ręce, słuch czy wzrok. Teraz skoro dłonie nie służą już do partycypowania w rozbudowie relacji (bo nie można się nimi witać) a jedynie do rozpoczęcia jej, to z pewnością, właśnie one stałyby się moim atutem. Czasem nie ważne jak dobrze się nimi posługujemy, ważne, że mamy je jako jedyni. Wtedy to my wysuwamy się na przód i jako zdrowi tłumaczymy jak to jest ich nie mieć – rysujemy świat za innych. Przecież widzę, że nie jestem bez rąk, że potrafię się zakochać – mogę więc z całą pewnością opowiadać jak to jest ich nie mieć, Jej nie mieć niby też. Czasem świadomość kreuje we mnie potrzeby, a nie odwrotnie – teraz już nie da się bez. Czasem świadomość kreuje potrzeby których nie da się spełnić, a najgorzej jak nie wiesz jak wyjść z sekty tego uświadomienia. 

Nie podaję więc argumentów, ani rzeczy których uważam, nie poddaje mych myśli refleksji. Poddaje się stanom do których doprowadziły mnie dolne kończyny. Niby decyduje gdzie pójść, ale już nie co ze sobą zabrać. Biegam po różnych miejscach, ale nie interweniuje w krajobraz. Poczucie, że mogę coś dokonstruować i nie zniknie to w ilości płynących żyłami śmieci nie pozwala mi na to. Świat przestał zaczynać się odemnie, a zaczął na wszystkim dookoła. Napotykam nudę i ona jako tako jest dla mnie ciekawa.

Wrócił mi nawet wzrok i to jak nazywam przedmioty. Sądzę, że nie trudno byłoby wymazać istnienie pewnych rzeczy. Wystarczyłoby usunąć ich nazwy, po czym konsekwentnie uciąć ich macki rozlane w korzeniach zapuszczonych po przeżytych spotkaniach i powiązaniach. Moja spojówka skacze po twarzach i zauważa podobieństwa, poszczególne części z których można by ulepić każdego człowieka z osobna. Ulica stworzona z tych samych elementów, ten ukochany stan wielkiej puli podobieństwa. Doceniam jak jest przytulać, jestem żądny wentylacji porów na rękach i przeczesywanych przez oddechy włosów na moich ciele, więc ściskam telefon za którym zamknięty jest kadr amerykański mojej dziewczyny. Może ona wybrała utratę nóg i nie chce się do tego przyznać? Być może obraz który widzę stracił już swoją podstawę? Jak w moim przypadku jeszcze stoi, a to co oglądam jest tylko kopią tego czego od niej oczekuje. Sprawdzę, jak tylko wrócę z wyprawy. To szczególnie ważne teraz, tak – zapomniałem – zapomniałem wam wszystkim się pochwalić, że koniec choroby zbiega się u mnie z wyjazdem na wojnę. Przepraszam, na tereny wyswobodzone. Zamierzam coś odbudować i wyswobodzić. 

Nie pytałem o zdanie moją mamę, oczekiwałem akceptacji – tylko jak tu oczekiwać akceptacji od kogoś kto nie stawia na czubku piramidy decyzji, a emocje. Nie wiem czym jest troska, być może troską o własną troskę – każdym razie wydaje mi się, że troska ma swoje ograniczenia. Jeżeli ktoś kto pozwolił mi zobaczyć barwy i poczuć ciepło światła “akceptuje”, to znaczy, że pojadę z wyrzutem sumienia. Jestem przywiązany i rozpięty jak człowiek między dwoma orszakami z końmi. Z lewej ciągnie mnie fakt ze robie cos wspanialego, z drugiej strony jestem dumnym idiotom. Strzela bicz, zostanie po mnie jedynie debata oksfordzka na temat pomagania. Kierunek od stwórcy do mrówki, zostałem naznaczony piętnem bycia urodzonym i hyle ukłony wobec mechanizmu dziedziczenia. Oczywiście, że jadę na wojnę po to, żeby oderwało mi ręce, oczywiście, że to ja będę się zajmować sam sobą “w razie W”. Biorę na warsztat informacje od wróżki, zapisuję póki słyszę grzmocące mandaty nieba. Chmury mi za to złowieszcze splątanie zasady przyszłości sprzedały – za pomocą tego co było, ale czego nie potrafiliśmy nazwać. O kim więc mówimy, że zna pojęcie jutra? O miłości – bo ona nie myśli o jutrze, w niej go nie ma – a jednak jak spotkam ją nastepny raz, to będzie już siwa. 

Chcę wojny, tu i teraz, chcę być pożądany, chcę aby ludzie się ze mną żegnali (bo oni chcą tego na pewno). Chcę popełniać samobójstwo wcale tego nie robiąc. Chcę zostać oceniony, dlatego wrzucam się w przestrzeń która zaopiekuje mnie żalem oraz współczuciem – aby zostać docenionym. Wrzucam do worka z mąką, temperamenty których nigdy wcześniej nie byłem w stanie wypiec, których nie było widać na chrupiącej skórce obok chleba i soli. Twarze zawsze sie spalaja w obliczu języka. Przegryzam, jadę tam gdzie ziemniaki postanowiły zaatakować kotleta na talerzu, a mizeria słynie z niezwykle celnej artylerii. Chcę być w tym przewrocie bohaterem, jak hiena cmentarna doskubie się do najlepszych kąsków – już niedługo będę miał dla siebie całe serce wieloryba w worku do transportu zwłok i żaden obiad nie będzie mi potrzebny. Kocham mój los – wziąłbym z nim ślub jeśli tylko możliwe, a podróż poślubną zaplanowałbym w Afganistanie. Zamierzam być dobrze zaopiekowany jak wrócę, szczególnie zawsze marzylem o byciu noszonym w lektyce.

Przyjęli nas Ukraińcy jak bohaterów. Rozumiemy niewiele, ale tyle ile potrzeba. Łączy nas woda życia zwana potocznie wódka, przeplatają się nasze szmery w przerzedzających chmury pochmurkiwaniach i robi się ciepło w środku. Odgrywamy wspólnie jedna melodie rozbrajając serniki z rodzynków. Nie brakuje nam jedzenia, brakuje nam papierosów. Chwytamy szlugi garściami, jakbyśmy zostali wspólnie przyłapani na jaraniu. Za karę niepełnoletniości w obliczu wojny wypalamy cały tuzin pod rząd – do porzygu nad miską. Zbożowa krew wymiotuje w niebieska szlachetną rzekę, filtrowana krew zakrapia biały kefir mojej polskiej flagi. Mlekiem i miodem kraina płynąca. Gasimy światło, żeby nas nie zbombardowali. Czas oddycha, teraz ja oddycham z lufy kalacha. Przytulamy po cichu karabiny, a one łamią nam kości zatykając przez sen usta. Przeraża mnie odpowiedzialność za wydawanie dźwięków, żeby ktoś ich nie skojarzył z maszynerią wojenną. 

W bagażniku na tyłach samochodu wieziemy trzy kamizelki, (po jednej na głowę) – sztaby złota w szwajcarskim banku usztywniające moj kregoslup moralny. Jakbym inkorporował w siebie całą skrytkę po śmierci człowieka. Przecież nie wszyscy tracą na wojnie.. Tobie zapisuje moździerz, a tobie moja spluwe. Moja niunie do zabijania saren zatopię w betonie, nikt jej nie dostanie. Dostałem od wróżki chrzestnej amulety, swój trzymam w portfelu na wypadek gdybym spotkał jakiegoś ”Daja”, a nie miał akurat tuzina kiełbasy w bagażniku. Nikt nie chce już pieniędzy, bo papieru nie da sie jesc. Nie obudzilem sie, chociaz syreny zawyły na alarm bombowy w całym kraju. Pociesza mnie, że ruscy nie działają impulsywnie, potrzebują do życia papieru i rozkazu. Jestem bezpieczny. 

Dzwonił do mnie w nocy nieznany numer o 1:30. Prawdopodobnie Putin zeby zapytac jak mi się do tej pory podoba. “Bawię się wspaniale”, bo jak już wspominałem jestem znieczulony, nie przeżywam okropieństw które oglądam, zerkam na nie jedynie, żeby prokrastynować, żeby nie wpuszczać nowych gości do salonu. Otaczam się taką ilością inspiracji, żeby gubić założenia. Zjadam pierogi – przy pełnym pysku ten problem znika. Problem to jest w tym w tym, że rosjanie opuszczając wioski zostawiają pułapki, w lodówkach i pralkach oraz zabawkach. Odpada więc rzucanie się łapczywie na żarcie, świeże pranie oraz melancholia. Wlasnie zjadłem jajecznice, a jest duze prawdopodobienstwo ze kury z zajętych gospodarstw karmione były nabojami. Nie potrafię odpędzić się od głodu, nawet za cenę samosabotażu. Zjadłem mdły barszcz, popiłem kompotem z suszu. Musiał być robiony podczas masakry w Buczy, bo czuje jakbym wypijał czyjąś duszę. Nakładam asfaltowy ser z dziurami na chleb, potem mówię do kogoś z pełną gębą, a on liczy plomby w zębach. Śniadanie miesza się z prochem, jakbym podniósł jajecznice z ziemi. Niepotrzebnie się martwię, w chwili gdy to pomyślałem, mam jeszcze następnych piec sekund na zdeaktywowanie rodzynka, usunięcia bomby z domowego sernika. To jak ratowanie miasta przed kolejna bombową informacja.  

Mam dosyc wyobrażeń na temat wojny, mam dosyc tego co mówią do mnie ludzie. Moje oczy są głodne czynu, moje serce jest otwarte na ekscytacje z zaangażowania bo nie wierzę w usłyszane fakty. Wojna wybacza nam idealizacje, upraszcza nasze życie. Czyni nasze egzystencje jednowymiarowe, po stronach walczących i informujących. Nikt nie wlicza mieszkańców okupowanego państwa, nikt nie zauważa, że życie toczy się dalej. Już dawno nie słyszałem o wojnie domowej ukraińsko-ukraińskiej na rozwalone drogi w centrum. Mapa to też konwencja, to też jakaś narracja – to jak rosjanie zajmują Ukraine powinno wyglądać najwyżej jak korzenie kończące się na posranych stodołach. Nie moze byc jednoczesnie covida i wojny bo nie wiedzieliby czy mają nosić 5000 kasków czy maseczek pvc. Oglądając obrazy wojny zapominam nawet ze ludzie myja zeby, a kierowcy uczestnicza w wypadku pod wpływem alkoholu. Prohibicja na alkohol na wsiach to już norma, sprzedawczynie z duma zawiadamiają “że u nich procentów nie ma”. Z drugiej strony jeśli nie one, to kto miałby z nich korzystać, skoro w krajobrazie brakuje nastolatków. Płacę za soczek wyciągając wszystko co wymieniłem z internetowej zbiórki, dopiero z tego przekazuje w ręce kasjerki ułamek, żeby zobaczyła ile przywiozłem z lepszego świata. Czuje się jak kretyn, jak rosjanin (mówi się na nich Orki), który z zamówienia od żony wysyłają nawet formy do chleba kurierem z Białorusi. Całe szczęście limit wagi zamyka się na tonie. Zabrać wędkę rybakowi, wyciąc serce syna ojcu wampira. Masz rękę, ale budzisz się i nie masz w niej czucia, cala jest omówiona, jak czerstwy napakowany powietrzem chleb. Wzrok Ukraińskiego żołnierza trzymającego w rękach ciepły bochenek po raz pierwszy od kilku miesięcy – bezcenny. 

Bawiąc się w wojenną turystykę zniszczeń natknąłem się na pogrzeb żołnierza Ukraińskiego. Nie można się w spokoju pożegnać, bo każdy chce zapisać twój moment na aparacie. Telefony sprzedają instagramowe koordynaty i zatrzymują nas między niebem na ziemia. Kto byl czlowiekiem i stal sie pojemnikiem z drewna zakrapianym łzą matki, jest jedynie bombardującą informacja. Bez różnicy czy zidentyfikowany czy nie, będziesz jedynie ulatniającym transferem danych, nielimitowanym dostępem do Tik-Toka na Ukraińskiej karcie.

Ciemne miasto z kuszącymi syrenami na wyspie, których kusząca perspektywa brzmi na tle ciemnego miasta bez dzieci raczej jasno, niz ciemno. Serce kijowa zabezpieczone jest segmentami z organizacja samorządowa. Komory działają autonomicznie, jedna przestrzeń nie zabiera ze sobą reszty do grobu. Piekarnia którą odnawiamy leży na obrzeżach, jej istnienie zasila organizm od zewnątrz. Ludzie podjeżdżają, zostawiają pieniadze z nadwyzka. Przyjeżdża żołnierz z zawiadomieniem o inwazji po naszej stronie, nie przynosi ze sobą żadnego rozkazu z góry – bo do mięsa armatniego informacja przecież nie dociera. Żeby poczuc sprawczość rzadzi sie na wlasnym terytorium, teraz on jest na gorze, ale powódź jego słów zaleje jedynie jego okopy. Wyjeżdżamy i przenosimy tone maki już po raz trzeci. Czuje sie jak Prometeusz który przyniósł ludziom ogień i Bogowie za karę rozkazały sępom wybierać się mu codziennie wątrobę. Czlowiek stworzyl wojnę żeby móc wydawać rozkazy innym. Pieniądze na cerkwie nie idą z pieniędzy na chodniki i orliki. Ida z sakiewki tych którzy dorobili się ściemniając, nakradli i chca za to wykupic laske za grzech u Boga. Kradzież napędza ekonomię, Boga stworzyli ekonomiści (przypominam, że czołgi są nieopodatkowane na picie). Zapytałem wujka o najdziwniejsze jedzenie jakie kiedykolwiek próbował. Powiedział, że “zupa z kopyt koni w Afryce”. Nie smakowała mu, bo nigdy nie obgryzal paznokci. Ja też, bo nigdy w moim uprzywilejowanym młodzieńczym życiu nie musiałem się nadmiernie denerwować. Żadna globalna sytuacja nie pozbawiła mnie również wolności. Moje życie zależne od ekonomii rosło równomierna stała w gore, i to właśnie ten wzrost stworzył mój dobrobyt w którym zadaję sobie pytanie “Ciekawe ile kosztowałaby teraz powojenna ziemia?” Zaminowana musi byc przeciez bardzo tania. Idealna na kościół, idealna na budowanie potęgi na rzece krwi. Hm. “Ciekawe czy ksiądz mógłby złamać prawo kanoniczne i wydać plany generała”.

Zawsze sobie mówiłem, że jeśli wybuchnie wojna to napewno bede taszczył ze sobą cały komputer stacjonarny wraz z osprzętem gamingowym, monitorem, głośnikami i djka na wypadek gdyby ludzie na stacji metra potrzebowali dja. Między jazgotem syreny a świstem naboi nikt nie przejął się pozostawieniem tableta. Ambicja z pewnością pozbawi mnie w końcu życia. Przydałaby mi się twarz podejrzana policyjnie – wtedy by mnie nawet tutaj nie wpuścili. 

MAURYCY POLEWSKI

Berlin/warsaw

maurycy.polewski@dffb.de

+48 571372828