Wczesna jesień, zachód słońca, na autobusowej zajezdni taksówkarz śpi na kierownicy głośno chrapiąc, raz na jakiś czas zatrąbi w klakson ociężałą głową. Jego samochód ma niedokręconą zaślepkę od wlewu, na ziemi leży rurka do upuszczania paliwa. Olej ścieka i tworzy plamę tęczy na betonowej połatanej nieudolnie drodze. Za budką z kebabem młody dorabiający gimnazjalista wyrzuca przeterminowaną sałatkę kapusty modrej z pobrudzonych wiader na białą farbę i zapala papierosa nad fioletową płynąca kałużą, po czym wsadza kiepa w resztki jedzenia tworząc figurkę jeża szykującego się do hibernacji.
Z daleka dochodzą stłumione krzyki pijanych ludzi, w odnowionej części ówczesnej poczty, chłopaki ubrane w polówki adresują poślinione znaczki pocztowe do siedzących w heksagonach na leżakach dziewczyn w za krótkich na ich priorytetowe listy kopertach. Kobiety przeczyszczają szpilki udając jakby były na bezludnej wyspie bez adresu której się nie da oznaczkować.
Czekam już tu na krawężniku ponad pół godziny, wyłuskałem z nudów połowę paczki słonecznika i posprzątałem łupina po skorupce tworząc z nich mały kopczyk. Nie jest to jakiś turystyczny kopiec z gruzów zbombardowanego miasta, ale zawsze coś. Regulacje budowlane, ze względu na niebezpieczeństwo wkopania się w niewypalony granat, nie pozwalałyby na budowę nowej obskurnej deweloperki która mnie otacza. Zleciały się ptaki nad moją stertą i jak zsynchronizowane, przyssawka po przyssawce, posegregowały dziobem pozostałe wartości odżywcze niczym w sortowni śmieci. Zawsze wiedziałem że gołębie mają coś z robota, albo z zatrudnionego przez miasto śmieciarza.
Przyleciała mi nad głową sroka, a za nią żebrak zauważając moją fluorescencyjna kurtkę, która daje mi specjalne przywileje robota drogowego świecąc się w nocy. Pan ewidentnie miał wypadek, pyta mamrocząc po migowemu o drobne wyciągając z kieszeni terminal. Niestety mam nie mam przy sobie karty, a telefon mi się rozładował. Jedyne co trafia w jego rękę, to zmieszana z potem kropla krwi ze skroni. W Polsce upiekliśmy dwie pieczenie na jednym ruszcie, skok technologiczny i problem bezdomności.
Gołębie kłócą się o łupinki, jeden z nich oberwał rykoszetem celującego żarłocznie dzioba. Zwierzę leży nieobecne, wyrzucone z gniazda, patrząc w sufit z powoli ściskającą się źrenicą jak bezdomny po fentanylu. “Zadziobanie” to chyba najtragiczniejsza ze śmierci, zwłaszcza jak przez następne kilka sekund po upadku obserwujesz swoich rywali z pozycji leżącej jak w grze komputerowej przez deathcam. Żebrak wbiega w środek i przegania odlatującą ławicę ptaków. Lot kluczem, forma strategii obronnej zwiększa szanse przetrwania niektórych osobników kompensujące straty z drapieżnictwa. Najwyraźniej strategia pokarmowa stada wypiera w hierarchii strategię obronną.
Spod zasysającej olej kraty wypełzają szczury i rozmazują łapkami tęczę z oleju, roznosząc plamy przy każdym naciśnięciu o powierzchnię asfaltu. Trudno być niezauważonym po wdepnięciu w farbę, albo próbując ukraść jedzenie z magazynu pełnego kolorowych pigmentów z tęczową od oleju kałuży. Szczury rzucają się na obezwładnione zrykoszetowane truchło. Niektórzy jedzą jabłka, drudzy ogryzki – ja obserwuję.
Żebrak, jak sam twierdzi, zatrudniony przez jednego z japońskich rezydentów Wrocławia, obezwładnia wracające w wyścigu, przelatujące przez Europę do domu gołębie. Biznesmen, założywszy się z kolegami z Japonii, czeka już ponad 30 dni na powrót jednego z jego gołębich umięśnionych faworytów. Te najlepsze wyglądają jak na sterydach z syntolem w skrzydłach, inne, z wysiłku – jak po operacji wyciągnięcia plastiku z kończyny.
Antykonkurencyjne ograniczenia rynku nie sięgają polski, więc lot ptaka między jego rezydencja japończyka w Skandynawii a Japonia przechwytywany jest przez konkurentów w Polsce, przez opłacanych przelewami międzynarodowymi żebraków. Teraz również dzięki mnie i mojemu słonecznikowi. Zawsze myślałem, że wspieram wykluczonych, a w momentach takich jak te zdaje sobie sprawę, że pomagam napędzać maszynę z której się śmieje. Żebrak też się śmieje, kupiłem mu w ten sposób coś do jedzenia. Zawija gołębia w gazetę, bo za dowód wykonania zadania z nienaruszoną głową u zleceniodawcy płacą podwójną sumę Jenów. Mam nadzieję, że w kantorach w Polsce przyjmują Jeny od bezdomnych.
Szczury wszystkożercy z odgryzionymi gołębimi skrzydłami porzucają gęsiego powierzchnie i nurkują do studzienki. Nauczyły się oddychać pod woda, przystosowały się do warunków nieprzewidzianych dla mieszczucha i jego zabijaniu wolnego czasu. Tak jak człowiek odcinający sobie nogę żeby uciec z więzienia, miasto izolując szczury wytworzyło fantomową nogę, nawiedzającą mieszkańców miasta z nowotworem do końca ich zdrowo odżywianego życia. Tam gdzie nowożeńcy z kredytem przechadzają się z wózkami po zoo z żyrafami i lwami, pod powierzchnią, przez ciśnienie doprowadzające wodę do akwariów egzotycznych ryb z wodogłowiem, przeciskają się szczury. Gromady, rodziny, całe pokolenia gryzonii, pokonują nielegalnie granice terytoriów płacąc gangom surykatek cło za przejście. Bohaterem nowoczesnej metropolii staje się stopniowo szczurołap. Pod przewodnictwem trzech psów i dwóch norek, flecista planuje obławę na epidemie krwi miasta, przygrywając towarzyszom szlagiery własnego wykonania. Słyszałeś jakieś chrupanie w nowym kominie? Lepiej zadzwoń do najbliższego artysty szlagierów w okolicy, zwierzęta nie lubią Mozarta.
Jak już mówiłem, siedzę na krawężniku i czekam, na co, jeszcze nie wyjawiłem, ale przez to, że na chwilę wyjawił się szczur, przypomniałem sobie o tym, co nie chcę mi się wyjawić. Potrzebuję noclegu, pilnie przekoczować, toteż kilka pośredników przekazało mój numer, aż dostałem namiar na emerytowanego “mima” który za możliwość noclegu pilnuje posesji starego dworca. Miejsca ma wystarczająco, wielkość budynku przekracza oczekiwania najbogatszego człowieka i onieśmiela szukającego pokoju Ukraińca. Przypomina też o byciu samemu. Nie odbieral telefonu zanim się nie rozładował, nie zapala światła w żadnym z okien rzucającego na mnie teraz przez zachód słońca cień budynku, nie wysyła przez lusterko wiadomości morsem. Przecinający wiatr zahacza o moją gołą potylice, postanawiam się zakryć jakąś ścianą, więc przechodzę przez dziurę w płocie i wchodzę z bagażem na peron.
Tam gdzie lepiej słychać dudnienie estradowych głośników z odrestaurowanej poczty przycupnął mój zbawiciel, mim w samej osobie. Ten sam który ma mnie wpuścić i ulokować w zajezdni i nie da się z nim skontaktować. Nie wiem do kogo adresuje swoje spojrzenia, ale wydają się patrzeć w odwrotną stronę niż przed siebie. Popija piwo i kiwa głową pod popowe melodie które przychodzą z odrestaurowanej poczty, jakby chciał dogonić teraźniejszość. Pod ławką stoją trzy puste butelki i jedna ampułka czystej małpki, bo tej teraźniejszości nie da się inaczej przełknąć. Ławka się skrzywiła przy podniesieniu butelki do jego ust, ale w ostatnim momencie podpiera się od jakiejś niewidzialnej ściany w powietrzu. Jego balans ciężkości wydaje się poruszać między stopami a głową, wybierając odpowiednie punkty podparcia do danego przechylenia. Niesamowite, coś jak kameleon równowagi na linie rozpiętej między wieżowcami. Jego buty wydają się jakieś za duże, niby rolki dla nastolatka z możliwością regulacji rozmiaru. Nie ma na sobie więziennej pidżamy, ani przyczepionej do nogi kuli, czy nawigacyjnej bransolety dozoru mobilnego. Nie ma też telefonu, urodził się w czasach bez książki telefonicznej, a jak wiemy z filmów, to najłatwiejszy sposób, żeby znaleźć jakąś osobę. Więc jak w dzisiejszych czasach znaleźć bliską osobę?
Jego twarz jest jak zapisana kartka, która pod wpływem cieczy rozlała utrwalony na niej tusz i zaschnęła w formie plam oraz nieczytelnych słów. Sześć fałd na czole ukrywa tytuł strony, jego bokobrody ukrywają akapity. O justowaniu nawet nie wspominam, bo gdybym oddał taką pracę magisterską nikt nawet nie doszedłby do treści – niezależnie od tego jak wartościowa by nie była. Czuje ze zajmie to dłużej niż normalnie, bo trudno go rozczytać.
Mim bełkocze gdy ja przedstawiam się mu po imieniu, gdyby przekopiował trochę cytatów we własnej pracy, to może usłyszałbym stworzone przez przeczytane książki imię. Zasypia na stojąco, jego twarz przyciśnięta do niewidzialnej szyby rozpłaszcza jego policzki, tak, że od jednej strony wygląda jak ryba. Przypatruję się plastyczności jego skóry i nieogolonej zapadającej się w środek jego szczęki brodzie. Podnosi się jego prawa ręka, trzymana za niewidzialną żyłkę z góry, zatacza półkole po osi, aż trafia przed jego twarz i odpycha się od szyby. Jego ciało podnosi się zanim ugięły się nogi, na sztywnych kolanach staje do pionu z zamkniętymi oczyma. Otwiera powieki, a pod nimi złote zardzewiałe monety pasujące do fioletowych worów pod rzęsami i rudawych ze starości brwi. Maszeruje przeskakując z nogi na nogę, jego każdy ruch pociąga resztę kończyn wypychając kolejno barki do przodu. Obchodzi filar, przeskakuje próg i znika momentalnie za ścianą.
Wraz z zachodzącym słońcem znika cień budynku i zapalają się lampy. Światło trafiające na ławkę na której siedział mim migocze, ale, że będąc wiele razy na planach filmowych rozumiem, że żarówki się rozgrzewają, ignoruje tą anomalię i idę aby zerknąć za róg. Zresztą przypomina mi to trochę oświetlenie imitujące noc, a takie oświetlenie podczas nagrywania nie ma nic związanego z nocą, bo liczy się kontrast a nie ilość światła. Wszystko przypomina tutaj scenę jak na razie, ale nic nie jest jeszcze prawidłowo rozjaśnione.
Marionetka wielkości dwóch budynków stacji dworca stawia nogę metr przedemną, wdeptując w ziemię tłuczone butelki. Przyklejam się plecami do ściany, próbując ominąć zamach drugiej nogi. Udaje mi się, czuję jej powiew na czubku nosa. Patrzę w odwrotną stronę do kierunku jej ruchu i widzę orszak lalek: od słonia po afrykańską tradycyjną maskę lewitującą w powietrzu, która co przeszkodę do pokonania wydaje dźwięk kaszlu. Kawał kontynentu przewędrowała trzymając tyły całej arki noego, obracając się co jakiś czas sprawdzając czy nadążają papugi. Zwierzęta kroczą w rytm uderzeń bębnów i przełykania ugandzkiego bimbru z psujących się bananów. Czas przy nich płynie wolniej, stosownie do ich gigantycznych kształtów i wyrozumiałych do wskazówek zegara ruchów ich kończyn i skrzydeł. Stosownie do wyobrażenia o ich wielkim kontynencie który przynosi im dumę, a mi marzenia o ucieczce w dzicz z miasta i pasienia owiec. Niektóre ze zwierząt wyglądają jakby nie ewoluowały jeszcze z dinozaurów i trzymają się tej dumy kurczowo. Przychodzą z czasów gdy rozmowy kończyły się na planowaniu polowania, a oczekiwania do świata na potrzebie jedzenia i wkraczają w świat w którym miłość nie daje związkom jedzenia.
Maszerują w stronę starej poczty i smolących holewki zalotników którzy zamiast rozpychać się barkami o postawionych kołnierzykach zaczynają się teraz między sobą bratersko przytulać. Marionetki tańczą naprzemiennie dookoła ludzi łącząc tańcem obie płci w pary. Nadprzyrodzone moce orszaku pozwoliły na przekroczenie ludzkich konwencji i rytuałów, przetańczając role damsko-męskie bez wpływu drinku z palemką. Doświadczenie rozmycia granic płciowych to doświadczenie rodem z fantasy, nie wypytujące jednostki o wiek ani status, a bardziej nieodłączne dla ludzkiego doświadczenia bycia tu, teraz, analizowania swoich potrzeb i naturalnych ciągot. To bardzo wampirze doświadczenie będąc skazany na pociąg do krwi, a nie do wyglądu. Impreza w dobrym klubie to bardzo wampirze doświadczenie. Prostota tradycyjnych tańców zaprasza do kanibalizmu.
Ręce pochwycające od tyłu za ramiona wciągają mnie do środka zajezdni. Leżę na ziemi przygnieciony kolanem mima, z jego twarzą pięć centymetrów od mojego policzka. Zdmuchuje mi włosy z płatków ucha, po czym mówi: “Stacja – Wrocław niecentralny”. Rozglądam się dookoła, czekając aż pył po moim upadku na ziemię rozrzedzi się i zobaczę gdzie jestem. Filcowy rozłożony czerwony dywan prowadzący przez wysoki na cztery metry korytarz aż do pomieszczenia coś w rodzaju łazienek. Po obu stronach odrapanych niby pazurami z farby ścianach stoją pozabijane deskami pionowe kontenery o wyglądzie trumien. W jednej ze ścian widać odcisk dwóch zębów, jakby ktoś próbował dogryźć się do zabetonowanego człowieka w fundamentach. Przypomniał mi się gołąb który uderza dziobem o ziemię po łupinkę słonecznika i łamie sobie dziób.
Zimne nieogrzewane ściany emitują skostniałą aurę, powietrze jest tu gęstsze, jak krew pełna skrzepów od zajadania się tłustym mięsem. To, że nie znam własnej grupy krwi tutaj może być moim zbawieniem. Zgubiłem swój nieśmiertelnik już dawno temu na obozie harcerskim i potem kazali mi za to skakać żabkami dookoła placu apelowego. Ktokolwiek tu mieszka, nie zaspokoji się grupą z jednym antygenem, więc zakładam, że sobie pogadamy i ,że zrobi mi wywiad lekarski przy kolacji. Nienawidzę jak właściciel sadza mnie na środkowym miejscu stołu i każe zabawiać kiedy ja nie mam co powiedzieć. “To jest nadużycie pozycji” mówię do Mima, a ten odpowiada, że “to dworzec niecentralny, nie ma on pozycji”. Rozumiem, że savoir vivre tutaj nie dociera, a jeśli jest, to dotyczy oddawania najlepszych kąsków przywódcy. Tylko gdzie ten przywódca?
Teraz rozumiem, że nie tylko szczurom podgryziono skrzydła, najwyraźniej również inne kreatury odcięły się od światła codziennego i dołączyły do spektaklu ludzi zapomnianych przez erę świetności. Jak starzy aktorzy i mimowie, wygnańcy wpadają w spirale oblędu i nie mając możliwości tworzyć dla świata, tworzą dla siebie w niewidzialnych dla świata czterech ścianach o które wcześniej opierała się ich kariera. Pozbawieni kontaktów, lub wplątani w emocjonalne dramy z przeszłości ich przyszłość oczerniona, zmieniana jest przez reżyserów jak rękawiczki bez pary. Bez pracy, dorabiają na dowozie jedzenia posklejanym taśmą “niezawodnym do przewożenia scenografii” starym combi z naklejką jebać PIS i tęczową flagą. Oczytują się biografiami ich ulubionych zespołów na dużych dawkach antydepresantów i robią bardzo długie nocne spacery.
Szperają w śmietnikach, wybierają lekko zwiędłe kwiaty oraz owoce i warzywa po terminie. Muszą uważać na ochronę, bo w polsce nurkowanie w kubłach po jedzenie jest zakazane. Od czasu przybycia przy śmietnikach zależy wartościowość wykopanego produktu i to ile pogawędek z rówieśnikami przeprowadzą. Nie wiem czy znajomości z konkurentami zawsze są pomocne, zwłaszcza gdy stają się zbyt personalne na poziomie sytości. Poza sosami z marakui które przez brak marketingu wydają się zbyt tanie na zaufanie i za drogie na ryzyko, znajdują również sterty makaronów. Z łupami do domu, szafki przepełnione nadmiarem pojedyńczych produktów sprawiają wrażenie dobrobytu, a dają jedynie awitaminozę. Myszy przegryzają łapczywie szafę cennego spichlerza, dźwięk chrupania czyjegoś dobytku budzi aktorów w nocy, jak sny o skanach fotogrametrycznych i praw do zachowania twarzy i wizerunku. Życie na krawędzi poezji i potrzeb fizjologicznych, razem z innymi dziwakami na stacji gdzie nie dojeżdża pociąg.
Piętro wyżej dźwięk elektrycznego zamka otwierającego drzwi. Mim wciska moją twarz w posadzkę zakładając mi dźwignię. Jak w dżudo wykorzystuje energię oponenta, a w tym wypadku moją próbującą się wyrwać frustrację, żeby z każdą sekundą było mi trudniej się uwolnić, a mu lepiej grać swoją rolę. Słyszę coraz wyraźniej kroki koturna uderzającego o trzeszczące stopnie schodów i jakiś ciężki obiekt na kółkach który ciągnięty w dół głośno chlupie cieczą. Przeciąg otwiera okno, wpada promień filmowej lampy imitującej noc przynosząc skojarzenia do nocy polarnej. Reakcją jest dźwięk obrzydzenia, który pojawia się zamiast kontynuowanego przez rytmikę schodzenia po schodach kroku. Światło niczym lampa chirurgiczna odsłania ilość unoszącego się kurzu w powietrzu i zamierzchłe ślady osuwających się rąk na ścianach. Przypominają mi obrazy z obozu koncentracyjnego, gdzie być może pozostawiane linie papilarne na posadzkach były najbardziej dostępnym sposobem na więzienną sztukę. Kaszlę, mim ma kolano na moim kręgosłupie i ściska mi płuca. Mam tak generalnie, że dopiero gdy coś zobaczę to mam reakcję, bo dopiero wtedy miejsce tu i teraz zaczyna nadawać na falach przeszłych wydarzeń i rzuca światło na moje teraźniejsze zagrożenie. Zazwyczaj zagrożenie czuje wizualnie bo wzrok dla bezpieczeństwa wyprzedza moją wyobraźnię.
Dźwięk zasłoniętej żaluzji, znika promień światła. “Chętnie tutaj posprzątam, jeśli właśnie tego ode mnie potrzebujecie”, syczę przez zęby do mima. “Będę kupował codziennie nowe kwiaty i pilnował, żeby świeczki nie spaliły domostwa. W zamian za nocleg oddam swoją godność, a za kilka tygodni mieszkania na reset i przemyślenie swojego życia upuszczę kropkę krwi”.
“Krwi?”, odzywa się głos zza ściany wyprzedzając dźwięk poruszanych po nierównym parkiecie kółek. Ręka z lekko przerośniętymi ponad opuszki brudnymi paznokciami wysuwa się zza framugi zjedzonych przez korniki drzwi, pchając do przodu błyszczącą od nowości maszynę do dializy krwi. Kolorowe przewody złączone trytytką zaczynają się wspólnie w maszynie, a rozgałęziają się na wyłaniającej powoli postaci. Ubiór bardzo zwyczajny: sportowe czarne buty z fluorescencyjnymi pomarańczowymi elementami, dżinsy zakrywające kostkę i ukrywające figurę nóg opadając nisko na biodrach. Szara marynarka poplamiona od oleju przy kieszeniach z otwartym kołnierzem i fular dotykający linii szczęki muskający przy najmniejszych skrętach szyi kilkudniowy nierówny zarost. Całość jego postury wygląda jak usztywniona kołnierzem ortopedycznym, z podniesioną brodą i podparciem na drążku pchanej przed sobą maszyny. Coś jak marionetka.
Jeszcze zanim usłyszałem jego głos, usłyszałem jego niewydolność nerek i pompujący krew świst powietrza w gumowych rurkach. Gdybym miał to do czegoś porównać, to brzmi jak spuszczanie wody w pociągowej toalecie z rytmicznym pompowaniem jak uderzenia o przerwę dylatacyjną w torach. Nie wiem na ile ma tutaj wpływ temperatura, ale ufam, że skoro po jesieni jest wiosna, a potem jest lato, to szyny wydłużą się łącząc w gładką całość i być może pozwolą odciąć się od tego dźwięku na moment. Trudna sytuacja, bo choć leżę na łożu śmierci w oczekiwaniu aż kulawy jegomość dodrepta, wbije mi zęby w moją zarumienioną od malinki szyję i wyssa moje soki do maszyny, jakoś mu kibicuje, żeby nie musiał już chodzić za rękę z tym okropnym urządzeniem które dyszy i sapie jak żelazne płuca. Producenci tego urządzenia musieli mieć niezły tupet, że pomalowali ją na złoto, bo skojarzenia ze złota klatką są zbyt oczywiste, żeby je zignorować. Może właśnie po to powinno się zatrudniać artystów w wielkich korporacjach, żeby wybadywali skojarzenia z produktami? Jeśli ta maszyna to złota klatka, to opuszczona stacja to moja klatka bez złota.
“Bardzo dziękujemy za twoją ofertę”, mówi wampir, “ale kropla krwi to za mało”.
“Może strzykawka na dzień?”, oferuję intonując wyraźnie, że przy więcej będę mdlał.
“To dalej za mało. Dopóki negocjacje z NFZtem trwają, to do momentu gdy konflikt się nie rozwiąże niestety musimy porywać ludzi z ulicy”.
“Jakie negocjacje?”, odezwał się we mnie nagle polityk.
“Przyduś go proszę mocniej, i zdmuchnij mu włosy z szyi” mówi wampir.
Widzę, że zaczyna go nosić i cieknie mu ślinka. Mim dociska mnie twarzą do ziemi, tak, że mogę mówić jedynie przez zamknięte zęby. On sam ma zaklejone usta, więc patrząc na niego wydaje się jakby pokazywał mi jak mam to robić. Obserwując jak żarłoczne kółka maszyny do dializ toczą się przez czerwony dywan w stronę mojej głowy, olśniło mnie. Jak na ściance w hollywood, z pewnością siebie reżysera i całą drużyną za moimi plecami, oznajmiłem:
“W zamian za miejsce do życia mogę sprowadzać wam tutaj ludzi, wiem jak ich zwabiać”.
Bum, wampir udaje, że pozuje dobrą miną do zbyt trudnej by natychmiast zdecydować propozycji. Mój flesz z czerwonego dywanu oślepia go na zewnątrz i pali go w środku jak za dużo czosnku w oddechu przy spotkaniu się z gwiazdą filmową. Czuję się jakbym pisał serial z nieudolnym teamem scenarzystów w którym jeden mnie motywuje przez strach, a drugi trzyma w miejscu nie pozwalając aby żaden z moich pomysłów się ucieleśnił. Najdziwniejsze jest to, że tymi scenarzystami jest emerytowany aktor-wampir i mim podpierający się o niewidzialne ściany.
Wampir stanął podpierając się o zabitą gwoździami hebanową trumnę i rozejrzał się na szereg pozostałych. Z początku wyglądało to jakby spojrzał na zdjęcie swojej zamordowanej rodziny. Teraz uśmiech naciąga jego pomarszczone poliki i szczerzy jego przebarwione od papierosów zęby. “Pewnie bardzo chce się palić po dializie kiedy krew jeszcze bombluje”, myślę.
Nie wiem co mu przeleciało przez głowę, ale mam nadzieję, że to nie hologramy na grobach z którymi można by rozmawiać. Znalazłoby się kilka miejsc w Polsce gdzie mogłyby zostać pochowane wampiry. Na przykład cmentarze romskie z podobiznami nieboszczyków, których obrazy przypominają każdemu ich szczytową cielesną formę. Zastanawiam się jak rozwiązaliby to z wampirami. Nie znam ich zasad etycznych, więc wybór między portretem za życia, a pośmiertnym – zostawiłbym im. Jeśli rząd byłby mądry i poszedłby na kompromis, to prawdopodobnie przeniesienie świadomości wampira do komputera rozwiązałoby problemy nie tylko NFZtu, ale i znikających z ulic ludzi. Tak jak delegalizacja narkotyków pomaga w zwalczaniu dilerki, tak być może AI rozwiąże problem handlarzy organami. Czarne wołgi pójdą na złomowisko, a kanciaste terenowe mercedesy wyjdą z produkcji. Trzebabyłoby się tylko upewnić, że już nie wstaną, bo sytuacja w której przeniesiona świadomość rozmawia z umarłym samym sobą nie brzmi jak okoliczności zdrowe dla społeczeństwa, jeszcze bardziej niż unikanie żałoby. Można by też spróbować podzielić dzień i noc na czas funkcjonowania oddzielnych ras, ale takie miasta jak Istambuł albo Bangkok musiałyby zmienić swoją identyfikującą ich osobowość, a chyba zmiany społeczne nie zachodzą tak natychmiastowo jak ustawa by przewidywała.
Wampir wyciąga do mnie rękę jak polityk na ściance z banerem swojej partii. Mim poluzowuje chwyt, więc wyciągam się z klinczu i jak spuszczony z łańcucha pies podaję dłoń za kość zgody która uczyni mnie kryminalistą. To był chyba najbardziej przekonujący uchwyt jaki o-trzymałem w całym moim życiu, więc wyparowały wszystkie wynikające z niego konsekwencje. Wyraźna siła uścisku której nie spodziewałbym się od kogoś kto codziennie traci tyle samo krwi co wpływa do jego organizmu, musi przyzwyczaić się do flory bakteryjnej i mdleje bez dostępu do cukierków. Przyciągnął mnie do siebie zachowując wyprostowaną postawę, każąc mi się zbliżyć do niego, a nie spotkać się pomiędzy. Na tym chyba polega dobra polityka, żeby zachowując pozory równego układu przepchnąć swoją wersję i niejako padłem tego ofiarą. Uwierzyłem komuś kto mnie zastraszał, jednym krótkim uściśnięciem dłoni podczas którego życie przeleciało mi przed oczami, zdałem sobie sprawę jak bardzo wygląd i mowa ciała potrafi być przekonująca. Przygotowana do pochówku spróchniała sztywna kłoda popatrzyła mi w oczy z takim przekonaniem, że mógłbym z nią zorganizować pucz na polski rząd. Przekonał mnie, że prawa ludzi z chorymi nerkami są dyskryminowane i od teraz będę pukał ludziom do drzwi zachęcając ich do dotacji, a jeśli mi się nie uda, to będę zwabiał tych samych ludzi do naszego budynku partii by ich wyssać. Niezły krwiak.
Może powinienem mieć trochę większy dystans i wziąć pod uwagę, że może jestem nabierany? Może dializa jest podobna do deprywacji sensorycznych które biznesmeni biorą po imprezie, żeby móc rano wstać z kabiny i pójść dalej do pracy? Jak już mówiłem, mam takie momenty w których myśląc, że pomagam biednym dokładam się do kapitału korporacji. Nie mam wyboru. Idę robić pikietę i zacznę już skubać słonecznik, gdybym miał zwabić jakiegoś polującego na gołębie żebraka. Nikt się nie zatroszczy przecież, że zniknął, poza japońskimi biznesmenami płaczącymi w samotności za swoimi wielebnymi przerośniętymi golębiami wolności rynku.
Myślałem, że nie wyjdę już z tego układu do momentu kiedy nie pojawi się jakiś znachor i nie uleczy nerek mojego chorego wampira-pracodawcy. Problem rozwiązał się sam dzięki Unii Europejskiej i ofercie dializ wakacyjnych. Wampir wyjechał tam gdzie trupy roją się i czekają w kolejce, czyli na Sycylię. Wyspa ściętych końskich głów i porzuconych na przydrożu drogich ukradzionych walizek przeszukiwanych w celach znalezienia kosztowności. Królestwo pomarańczy skostniałych od krystalicznie zimnej wody, lokalnych nacjonalistów odbudowanych po trzęsieniu ziemi wiosek i dzieci z sierocińca szukających szansy w mafii.
Wampir jako członek unii europejskiej dostał czterogwiazdkowe zakwaterowanie w apartamencie w nadmorskim miasteczku. Zobowiązując się cztery razy w tygodniu wsiadać do podjeżdżającego pod jego drzwi busa, gdzie wraz z innymi polskimi obywatelami zostaje przewieziony do ośrodka niezidentyfikowanego włoskiego lekarza który ceniąc sobie swoją prywatność założył nowoczesną klinikę po środku wysuszonego stepu sycylijskiej trawy. Na miejscu podpisuje umowę o poufności i w następstwie wykonuje dializę otrzewnową. Operacja niestety nie działa w drugą stronę. Pochodzenie krwi jest niejasne, tak jak dokładne koordynaty ośrodka. Kierowca prosi o założenie czarnych maseczek i wykręca bączki po uliczkach starego miasta. Gdy wszystkim zagotuje się krew, rusza w długą i ponownie krętą drogą wzdłuż nieskończonych wzgórzy. Taka podróż to test wytrzymałości na kosmonautę.
Wszystko to działo się podczas COVIDa, kiedy we włoszech na ulicach leżały trumny, a księża dokonywali nabożeństw przez papierek lakmusowy. W całym kraju zabrakło eucharystii, więc żołnierze maryi z tatuażami sycylii w podziemiach swoich winiarni nauczyli się fachu kowalstwa i wykuwali własnoręczne formy do opłatka szczegółowe jak biżuteria. Właściciele włoskich lodziarni donowali gofrownice i pleśniejące od zastoju ekonomii mąki. Antifa podszywająca się pod chrześcijan pluła do garnka z zakwasem.
Polska społeczność dializowanych sprowadzając rodzinę w ciepłe kraje karmi braci i religijnych bliźnich, a mnie spuściła z łańcucha moich obowiązków pomagania wampirom. Wychodzę właśnie z budynku opuszczonej stacji, w której mnie przetrzymywali i widzę stos trumien leżących przy wejściu, a z nich woreczki z krwią do kroplówki. Chyba rozpoczynają renowacje dworca na jakieś centrum handlowe i trzeba pozbyć się wspomnień. Kebab chłopaka na zajezdni okazuje się mało rentowny, bo wszyscy klienci którzy wałęsają się dookoła, byli przezemnie zaczepiani, po czym pochłaniani przez ciemność budynku. Zaczyna się nowa era larpowania, czas zabawy w postacie ubierające się w ubrania z różnych markowych sklepów jeżdżące jak manekiny po ruchomych schodach. Jeszcze gdzieniegdzie szczur przeciska się przez zębatki, ale zazwyczaj powija mu sie noga i znika w smarze.
Dziś mamy Halloween, a ja po tych ostatnich dniach nie wiem za co się przebrać.
