aplikacja do szkoły filmowej 2020:

OBRAZ:  Rene Magritte: “Drzwi do wolności”:

Ten obraz przypomina mi bardzo filmy Antonioniego który jest niepokonany w zaszywaniu pod podszewka wielkich klejnotów i ich sekretów, drąży tragiczne sensy naszego istnienia ale nigdy nie wypowiada ich poprzez armagedon - podobnie opisuje dla mnie koniec świata Miłosz, maluje Vermeer. W pierwszej chwili zachwyca mnie możliwość ucieczki w stronę tego sielankowego pejzażu przez okno, biegnę po tych fałdowatych pagórkach mojego dorastania na wsi, wspinania się na drzewa. Niezwykle spokojny dramat: świat byłby w pięknym bezruchu, gdyby nie pęknięta szyba która utrzymuje na swoich kawałkach kopię wcześniej obserwowanego przez nią obrazu. Ten skromny trzask natychmiast odrzuca moje pragnienia i wrzuca w miejską izolację, tak jakby cała iluzja została zniesiona, więc przestaje zadawać pytania. Schowałem się ponownie za tą niezdarną połamaną formą, nieodłączną częścią mnie której nie chciałem zauważać. Zasłony potęgują efekt dystansu, swoboda jest tak blisko i zbyt daleko na raz. Tajemnica pozostała nienaruszona, ukazała się na chwile w chaosie i udowodniła mi, że to co widzę jest tylko moim własnym przedstawieniem. To jakby być w szkole która uczy Cię patrzeć w nowy mniej zadufany i autorefleksyjny sposób. Takiej samo-obserwacji w prozaicznych okolicznościach, być może bardzo brakuje w dzisiejszym świecie. Ten obraz jest jak moment przed śmiercią, samotny znój człowieka - tak sądzę.  
Magritte jako filozofujący malarz uczynił myśl widzialną, obrazował raczej idee niż sytuacje. Ten konkretny artysta sprawił, że zacząłem myśleć o dziedzinie jaką jest filozofia w kontekście wytwarzania czegoś co pojawia się z jej powodu, prowokuje do znalezienia formy i jest raczej postawą czy źródłem inspiracji, niż efektem działania. Uważam, że filozofia i (przykładowo) robienie filmów w kwestii temperamentu to jak ogień i woda. Bardzo często zamyka się na codzienne życie, istnieje w wyidealizowanych modelach, zaczyna od mapy, a dopiero potem (o ile) przechadza się po obmyślonym z góry terenie. W pewnym momencie moich studiów, doprowadziła mnie do sytuacji w której zakopując się w pokoju z wielkimi traktatami zatraciłem kontakt z otaczającym mnie światem. Ma bardzo mocny mechanizm samoobrony, młodemu nieokreślonemu człowiekowi może na tle banalnych ludzkich aktywności wydać się jedyną słuszną ścieżką, oczekującą wyłącznej uwagi i poświęcenia. Dodajac do tego dzisiejszy natlok informacji, teoretyzowanie o swiecie - zamykanie się w bańce staje sie bliższe człowiekowi niż życie. Wiedza była dla mnie formą terapii, pozorną odnową sensu. Nauka jedynym miejscem w którym odpoczywałem, byłem w sekcie informacji bo bałem się wyciągać wnioski. Rzuciłem się na dziedzine wywindowaną, prawie podniebną i straciłem grunt pod stopami. Lekarstwem stało się dla mnie robienie zdjęć ulicznych, co rozkazuje wyłączyć na chwile rozum i uczy reagować by być w danym momencie. Podobnie zajęcia aktorskie (opisując efekt niszczymy przecież spontaniczność), czy pisanie wierszy. Ten kto intelektualizuje czy kalkuluje raczej w ostatecznym rozrachunku przegrywa. Mam wrażenie, że często nie realizujemy pewnych rzeczy, bo logicznie myśląc boimy się możliwej porażki, przez co tracimy lekcję i cały urok z konfrontacji czegoś nieoczekiwanego. Mapa to nie egzystencja. Aby ją nakreślić potrzebne są twarze, spojrzenia ludziom w oczy - to one oprowadzają Cie po miejscach, przeprowadzają przez most jaki dzieli czasem filozofa z codziennym oddechem miasta, samonapędzającym się organizmem, którego zatopiony w książkach nie zauważasz. Dzwonić dzwonem to co innego niż rozumieć z czego jest zbudowany, rozmawiać o teorii filmu to co innego niż je robić. Moje życie było nieerotyczne, straciło formę koanu. W tym sensie kocham reżyserię, bo w świecie filmowym tworzenie zaczyna się od dwóch, a to co najważniejsze wykwita w procesie. Idąc na plan trzeba zapomnieć wszystkiego co zaplanowałeś. Bardzo długo zaprzestając na przyjmowaniu wiedzy robiłem sobie krzywdę. Nie jestem zdolny ładować w siebie ogromu treści jeśli nie mam sposobów na krystalizowanie ich w coś niezależnego, na wyrzucanie ich z siebie, oczyszczania się z nadmiaru tego co nierozumowe. Nieład przy nikłych młodzieńczych zdolnościach to wielkie zło. W tym sensie chciałbym być filozofem, ale nie potrafię być częścią jej społeczności studenckiej (rzuciłem kierunek) - bo nie interesuje mnie związany z nią intelektualny wyścig i forma aktywności. Filozofia powinna być czymś co wychodzi od naszej wrażliwości, bo tylko w ten sposób rzeczy są dla nas ważne. Tak jak cukier nie smakuje sam w sobie, tak hermetyczna filozofia męczy, bo zamienia się w chemiczny produkt. Nie chcę być źródłem wiedzy o niej, ale przefiltrowanym przez dziedzinę produktem. Wiedza bez wyciągania wniosków jest dla mnie niczym szczególnym. Gdyby jej ilość była wyznacznikiem bycia reżyserem, wielcy uczeni byliby najlepsi - a nie są. Filozofia bez filmu mogła okazać się dla mnie zabójcza. Chcę reagować a nie tłumaczyć, wyruszać w podróż zamiast planować. Skakać w przepaść i móc dowiadywać się tego czego możliwie się nigdy nie dowiem - to moje największe z marzeń. 
Cała ta sytuacja z Magrittem i zdjęciami pozwoliła mi spojrzeć na moje studia z innej perspektywy. Zdałem sobie sprawę, że jeśli podchodzisz do dzieła tylko jako z góry obmyślanej idei to przestaje to być ekspresja i proces twórczy. Albo jest tam jeszcze coś do odkrycia, albo formujesz produkt - wtedy wszyscy wiedzą, jak to się skończy. Jestem pewien, że przeżywamy znacznie więcej niż możemy wyeksplikować i zrozumieć, więc dążę do tego, aby wyeksponować się na rozwidlone ścieżki, by móc przekazać więcej niż sam od siebie oczekuje. Racjonalność nie jest zupełnie błędna, ale fragmentaryczna i niepełna. Sztuka jest moim zdaniem egalitarna, bo integralna z obiektywnie istniejącym doświadczeniem ludzkim. Traktowanie świata z boku wielu poniosło na dół rzeki - trzeba po prostu działać i zamiast go rozumieć, próbować go zmienić. Tym dla mnie jest obraz Magritte'a - wykorzystaniem przeżytej emocji, ze względu na jej filozoficzną wartość. Prawdziwa jej forma to ta która wynika z doświadczenia granic (uzupełnianych przez działanie), a nie bezbłędności dziedziny. Na tym krwistym pobojowisku płótna widzę rzeczy sprzeczne w organicznej całości: motyw ograniczenia i potrzeby wolności. Nie da się mieć twórczego i bogatego życia, mając nad nim pełną kontrolę. 

FILM: Terrence Malick “Drzewo życia”

Uwalniał mnie w trudnych chwilach, sprawił, że napisałem pierwszą scenę. Aby zabrać się za coś nowego musiałem przestać nienawidzić tego co czułem, że ukształtowało moją osobowość niezależnie ode mnie. Gdybym zrobił go nie identyfikując się z zarzutami wobec rodziców, godząc się z nimi, mysle ze spowodowalbym wiele cierpienia, nie tylko innym, ale też sobie. Jest takie piękne stare chińskie przysłowie: “Gdy za długo wojujesz ze smokiem to stajesz się jak on”. Korzyści z obrażania czyjejś dumy dla własnych potrzeb są niestety nieograniczone. Nie potrafiłem walczyć by nie płacić ceny upodobnienia się do tego czego nienawidzę. Zauważyłem w tym na co byłem śmiertelnie obrażony, nieodlaczna czesc siebie samego. Po tym filmie stwierdziłem, że nie ma dobrych rodziców, to reguła. Jesli juz mowimy o jakiejkolwiek pretensji to można mieć jedynie do przegniłych oczekiwań wobec instytucji rodzinnej, rodziny nuklearnej i zasady hierarchii, nie ludzi jako takich - oni zawsze są niedoświadczeni, nigdy nie byli w takiej sytuacji wcześniej i nikt też nie będzie - co piękne.
Ten film pokazuje dla mnie, że najbardziej kochamy to czego nie rozumiemy całkowicie, a sformułowanie “kochać” to zwyczajnie chcieć coś zrozumieć. Być zainteresowanym czymś, czego jeszcze nie zacisnęliśmy w dłoni, opanowaliśmy i podporządkowaliśmy. Oswaja mnie z brakiem możliwego oswojenia, czuję problem z jakością spontaniczności, bycia tu i teraz. Moim zdaniem to pięknie odzwierciedla sposób poruszania się człowieka po ziemi, określa jego granice, mówi o jego relacji w stosunku do świata - co w tym filmie nie może pozostać niezauważone gdy oglądamy wizualizacje narodzin wszechświata i przeplatające główny wątek motywy potężnej przyrody. Te wszystkie wrażenia zmysłowe które napływają od pustyń, mórz i dżungli, przekonują mnie, że piach jest suchy. Doceniam go niezmiernie za to, że to projekt ryzykowny w formie i nieskorumpowany w treści - bo sztuka kocha rzeczy bezkompromisowe. Z tego co wiem, Malick nie daje bohaterom scenariusza, a pracuje na improwizacji i wyczuciu chwili. Sprawdza to się genialnie, włącznie z młodymi aktorami którzy stali się przez to częścią wykreowanego świata, reagują i zmieniają się wraz z nim. Sposób montażu obrazuje sposób w jaki odbiera się moim zdaniem rzeczywistość: jest w nim tona wspomnień, wrażeń, przebłysków z własnych oczekiwań i marzeń - doświadczenie jest przecież nielinearne. Ten pozorny nowatorski zamęt dodaje autentyczności, uchwytuje całość egzystencji, a film staje się “momentem”. Znalezienie wspólnej płaszczyzny między czasami dinozaurów i nowoczesnością jest dla mnie kolejnym przykładem uniwersalności jaką osiąga. Uważam, że to film kompletny, symbioza kunsztu wszystkich ról filmowych, zintegrowanych reżyserią. Pozwala zobaczyć w uginającej się trawie motyw fausta. 

WIERSZ: Yahya Hassan – “ZAMROCZENIE JETLAGIEM” 

Dla mnie to najczulszy barbarzyńca jakiego znam. Napięcie z jakim rozpościera poezje nad jego życiowymi wydarzeniami: od moralnych zagwozdek, problemów z bogiem, religią, społeczeństwem i młodzieżą w które go wrzucono, po pełne szczegółów opisy cielesnych niedomóg, miejsc w których kradnie, wrażeń, nienawistnych myśli jakie chwyta i internalizuje przez pryzmat udręczonej młodzieńczej duszy. W podobny masochistyczny sposób odczuwam satysfakcję z przeżywania pandemii właśnie w Polsce - ten cały absurd mnie urzeka. Czuję, że wyjeżdżając nie byłbym w stanie osiągnąć takiego poziomu autentyczności. Siedzimy na splocie wielkich problemów dzisiejszego świata, na poligonie który prowokuje nowe formy. Wstyd nie nie dyskutować z tym co nami targa. Entuzjazm jest  u mnie równy pesymizmowi tych diagnoz, czuję się w jakiś sposób odpowiedzialny za świat.
To wielkie piekło w głowie PISANE DUŻYMI LITERAMI BEZ PRZECIWNKÓW JAKBY JEDNYM TCHEM WYMIOTOWANE KAŻDYM MOŻLIWYM POREM NA SKÓRZE. Stoi metr wyższy nad tobą i w gestykulacji wpycha Ci czubki palców do oka. Nie ma kompozycji, są bezpośrednio wyplute frazy dokręcające jego kondycję. Na początku pisania rapował, potem stwierdził, że tylko wiersze dają swobodę. Sama narracja udowadnia, że nie warto kłamać, udawać i nawijać emocjonalnego makaronu na uszy. Im bardziej bezpośrednio w tym co czujemy wobec siebie, tym lepszymi stajemy się ludźmi wobec innych. Otaczający mnie świat nie jest zbudowany aby na to zezwalać - to raczej cecha mało praktyczna i przejaw słabości. Popularna depresja czy jakiekolwiek wyłamanie się z systemu to przecież dzisiaj przejaw choroby, a nie zdrowia czy wrażliwości. Badanie siebie to umieszczenie siebie na odludziu, na granicy szaleństwa. 
Po przeczytaniu tomiku jego wierszy pierwszy raz w życiu zdałem sobie definitywnie sprawę, że każdy wiek ma prawo głosu. Nauczyłem rozmawiać się z osobami starszymi. Yahya przełamał moją wewnętrzną barierę wyuczoną w szkole, z jaką wiek dzielił mój świat. Potem dokręcił to film “Wszystko może się przytrafić” Łozińskiego. Otworzył się przede mną świat ludzkich historii, starsi zaczęli czerpać ode mnie, a ja od nich. Zniknęło “przechodzenie na ty”, a rozpoczęła się dyskusja. Człowiek którego w życiu szukam to taki który potrafi słuchać, a rzadko spotykam to niestety u ludzi w moim wieku. Zresztą może to za dużo powiedziane bo jednocześnie bardzo często szczerze zazdroszcze tym okazom które już w momencie dwudziestu lat i w obliczu wszystkich trudności współczesnego świata czują pełnię harmonii i ustalenia psychicznego. Bardzo długo nie miałem innych wymagań niż żeby znaleźć podobne złudzenie. Mogę otwarcie powiedzieć, że mi się to gładko nie udało, a o Hassanie nie trzeba nawet wspominać. Dusza narkotykowa, internetowa, pornograficzna, szkolna, zaprzedana kasie. Łzami niezrozumiałego mi boga płaczą nade mną drony. Pochodzę ze świata gdzie rozsyła się sekstaśmy, “zalicza panienki”, a w najlepszym przypadku przed poznaniem buduje się i planuje oczekiwany obraz na podstawie instagrama. Jesteśmy wygodni więc zaspokaja nas tylko nierealne marzenie. Uważam, że jeśli chcemy się wyłamać spod wpływu, znaleźć to upragnione kafkowskie wyjście, to musimy nauczyć się otwarcie opowiadać. Krzyk zasługuje na to by być usłyszany. Niech nie materializują mojego gniewu, nie mówią jak mam się buntować. Protestuje przeciwko obojętności mojego wieku. 
Yahya całą debatę którą rozpętał w Danii tomem tych wierszy rozpoczął przede wszystkim od otaczającej go niesprawiedliwości. Zaznaczył jej wyraźną różnicę między nierównością. Uruchomił się we mnie czytając pewien żal wobec tego z czym zostawiło mnie chociażby dzieciństwo czy liceum, brak pełnej fascynacji kierunkiem studiów który wybrałem itp. Chciałem wyjechać, uciec - to nastała pandemia. Być może gdyby istniało w mojej szkole kółko literackie, albo przyzwolenie na samodzielne myślenie w szkołach gimnazjalnych, to byłbym teraz czystszy. Długo obwiniałem świat za nierówność, po przeczytaniu wierszy stwierdziłem, że jedyne na co można się zdać by go poprawić, to bycie sprawiedliwym wobec siebie, a więc i innych. Yahya za szczerość został zasztyletowany w wieku 25 lat.. 

POWIEŚĆ: Franz Kafka – “Dociekania psa”

Interakcja z Kafką mnie przytłacza, bo w jego świecie ostatecznym wszystko ma sens ze względu na jakąś niezrozumiałą wspólną ludzką winę. Nie możemy jej odszyfrować, a mimo to jego swoboda wyobraźni sprawia, że wszystko znaczy i nic nie jest przypadkowe. Ta esencja, przez którą nie dokańcza swoich powieści, wiąże się z niemożliwością wyartykułowania jej w prost - więc gdy dochodzi do muru, podejmował raczej nową próbę, niż kontynuował pracę. Dlatego w swoim końcowym dojrzałym dziele chwyta po akt pełen heroizmu i afirmacji życia (w kontrze do tego co się o nim sądzi), używa eksperymentalnych warunków zwierzęcego życia dla przetestowania spojrzenia na siebie i świata z innej perspektywy (takiej do której posiadamy dystans). Niemimetyczne, niepozwalające nam się zidentyfikować, wyrzucające nas z automatyzmu środowisko podnosi jego indywidualne doświadczenie na poziom uniwersalny. Zaczynamy patrzeć na świat zupełnie z zewnątrz i możemy w spokoju przyglądać się zasadom nim kierującymi. Doskonale to wiedział, gdy zaczął sunąć po ścianie w pancerzu karalucha. Czas gdy przeraża nas wjeżdżający pociąg na stację bezpowrotnie minął. Kafka bardziej niż na rozwiązaniu problemu skupia się na jego ukazaniu, naszkicowaniu mechanizmu, pozwala go obserwować. Niektóre kwestie zawierają się w formie dobrze postawionego pytania, w ich sformułowaniu leży milcząca potężna wiedza. Nie operuje na konkretach, rzeczy u niego są równie ważne co nieokreślone. Kafka nie lansuje się większym zrozumieniem, przyznaje, że go nie posiada. Bardziej niż tłumaczyć niepojmowalne boskie siły, artysta odczuwa i zakreśla miejsce braku. Wydzielić i nadać granice, to znaczy wskazać na coś odmiennego. 
Więc napisać coś o nim, tak, żeby nie zniweczyć jego geniuszu, można chyba tylko dokonując eksperymentów, zawierając z nim sojusz, wypełniając te luki za pomocą własnych środków wyrazu. Przenosi na piknik produkty, a czytelnik komponuje z tego własne wariacje smakowe. Podbój możliwości przez życie nie doznanych jest dla takiej literatury sensem wyłącznym. To trochę jak u Schulza który mówi o bocznych odnogach czasu, kontrabandzie i nielegalnych niewydarzonych się nigdy ścieżkach. W pozornie sformułowanym już tekście, czuję poczucie ewentualności, zdolności do uwzględniania wszystkiego co równie dobrze mogłoby się w nim wydarzyć. Wieloznaczność to tutaj zagęszczenie sensu, adekwatność w odbiorze świata. Czasem mi w sztuce ten autotematyzm wystarcza, albowiem opowiada o zmianie. Boję się kategorii stałości, są niebezpieczne (co myślę, że udowadnia historia), a on rozbija totalizujące tendencje. Mamy do czynienia z kimś kto jest jak śpieszący się zegar, wyłapuje z powietrza i artykułuje zawczasu największe totalitarne uwikłania.
Potrzeba nam ludzi jak Kafka, którzy będą inwestować ambicje w brak sukcesu, wystawiać się na to, co może okazać się użyteczną dla ludzkości informacją o tym co się nie sprawdza. Nie żyjemy w kulturze która gloryfikuje cichych i niewidocznych bohaterów, tylko czynów którymi się otwarcie chwali. Po co więc wszelkie starania jeśli muszą pozostać powierzchowne? Nowoczesny świat oparty jest na pozorze poszanowania osobowości człowieka, bo uznając omylność nie zdobywasz dzisiaj autorytetu. Nie doceniamy kilkudziesięciu pocałowanych żab, tylko widzimy księcia. Chodzimy po cmentarzu przegranych których historia nie uwzględnia. Ludzie chcą widzieć jedynie nakręcony film, ale nie obchodzi ich mozolna niewidoczna praca i wszystkiego czego się wyrzekasz, by móc rano wstać i zabrać się do pracy. Paradoksalnie tym, że pod koniec życia poprosił aby spalić wszystkie swoje dzieła i przyznając się do porażki, Kafka oswoił mnie, że brak poklasku nie wiąże się z byciem bezwartościowym. Im dalej potrafisz odraczać efekt, nie pusząc się, nie miotając, tym bardziej skupiasz się na sednie problemu. Zamierzam kodować w moich dziełach podobną tajemnicę, być hermetycznym. My, bastiony milczenia które otwarcie muszą wybrać absurd,“rodowici obywatele kłamstwa”. 

MAURYCY POLEWSKI

maurycy.polewski@dffb.de

+48 571372828